Showing posts with label street. Show all posts
Showing posts with label street. Show all posts
Monday, 23 June 2014
W cieniu prezydenta
Wizyta Obamy w
Warszawie tradycyjnie już wzbudziła niezdrowe zainteresowanie mediów, a strefa
wokół Placu Zamkowego na dwa dni zamieniła się w labirynt powygradzany
barierkami i otoczony przedstawicielami każdej istniejącej służby mundurowej. Scena
obserwowana z okolic kościoła Św. Anny była zupełnie niewidoczna, przemówienie oddalonego
o około 200 metrów amerykańskiego prezydenta można więc było oglądać jedynie na
telebimach. Rzeczywistość zamieniła się w telewizyjną relację, a kojący głos
płynący z głośników zakłócały jedynie krążące nad Starym Miastem wojskowe
śmigłowce.
A ludzie patrzyli.
Saturday, 31 May 2014
Wednesday, 28 May 2014
Monday, 24 February 2014
Zima w Berlinie
Powrót do Berlina po półrocznej przerwie. Chociaż to koniec lutego, miasto jest całe w słońcu i przeżywa pierwsze dni... wiosny. Knajpy na Prenzlauerze i Kreuzbergu wypełnione nie tylko w środku - w ogródkach mnóstwo ludzi otulonych kocami, prężących się do słońca jak koty. Pierwsze piwo w jamajskim Yaamie.
Dwudziestopiętrowe blokowiska na Lichtenbergu, przemarsz przez kluby na Friedrichshain i tłumy ludzi na mostach, w pijanym metrze, wszystko pod akompaniament akordeonu wstawionego Rumuna, podrywającego Twoją dziewczynę.
Pierwszy raz Memoriał na cześć zamordowanych Żydów obok Tiergarten - prowokujący, żyjący pomnik.
Targi staroci, mydła i powidła w Maurer Parku i na Arkona Platzu, palce zmęczone od przerzucania dziesiątek skrzynek z winylami. Ciąg dalszy na Kreuzbergu, gdzie ciuchowe second-handy ciągną się w piwnicach i nagle odkrywają przed nami spory pokoik wypełniony po brzegi winylami.
A na zmęczenie najlepszy oczywiście Dada Falafel, świetne (i tanie) knajpki z przesmacznym jedzeniem wietnamskim i tajskim, niedobre tiramisu w pustej włoskiej knajpie podane przez wzorcowo olewających nas kelnerów. Cudowny wieczór z przyjaciółmi w oryginalnej trynidadzkiej restauracji u Merle i świat wirujący po serii rum punchy zaprawionych babciną "miłością".
Duży energetyczny kop na nadchodzące tygodnie.
Dwudziestopiętrowe blokowiska na Lichtenbergu, przemarsz przez kluby na Friedrichshain i tłumy ludzi na mostach, w pijanym metrze, wszystko pod akompaniament akordeonu wstawionego Rumuna, podrywającego Twoją dziewczynę.
Pierwszy raz Memoriał na cześć zamordowanych Żydów obok Tiergarten - prowokujący, żyjący pomnik.
Targi staroci, mydła i powidła w Maurer Parku i na Arkona Platzu, palce zmęczone od przerzucania dziesiątek skrzynek z winylami. Ciąg dalszy na Kreuzbergu, gdzie ciuchowe second-handy ciągną się w piwnicach i nagle odkrywają przed nami spory pokoik wypełniony po brzegi winylami.
A na zmęczenie najlepszy oczywiście Dada Falafel, świetne (i tanie) knajpki z przesmacznym jedzeniem wietnamskim i tajskim, niedobre tiramisu w pustej włoskiej knajpie podane przez wzorcowo olewających nas kelnerów. Cudowny wieczór z przyjaciółmi w oryginalnej trynidadzkiej restauracji u Merle i świat wirujący po serii rum punchy zaprawionych babciną "miłością".
Duży energetyczny kop na nadchodzące tygodnie.
Thursday, 20 February 2014
Saturday, 15 February 2014
Sto dwadzieścia pięć, dziewiątka
Uzależniające kontrasty, szary plastik wyzierający spod taniej złotej farby obsypującej się z miasta w rytm kolejnych przystanków "dzięwiątki".
Słucham:
Saturday, 1 February 2014
Czapki i kapelusze
W końcu udało mi się znaleźć trochę czasu na fotograficzne włóczęgi. Krótkie styczniowe dni szybko zmieniają się w wieczór, kto żyw ucieka z ulic i chowa się przed mroźnym wiatrem, moje palce drętwieją.
Thursday, 12 December 2013
Ulice, ulice
Światła za dnia coraz mniej, więc i zdjęć nie ma aż tyle, ile w ostatnich miesiącach. Czas odpoczynku i wyczerpania po letnich festiwalach już za mną - stąd coraz więcej koncertów, ręka znów przyzwyczaja się do lustrzanki. Dziś kilka ulicznych scen ustrzelonych w drodze do/z pracy.
Wednesday, 6 November 2013
Układanka
Fotografia
uliczna nie jest reportażem. W odróżnieniu od dokumentu, stara się przekroczyć
granice sztuki mimetycznej, zamiast reprodukcji stawiając na twórczy recycling.
Mimo voyeurowskiego charakteru nie rości sobie praw do obiektywnego spojrzenia
na rzeczywistość, demontuje ją zestawiając ze sobą przeciwieństwa i abstrahując
uchwycone elementy z ich naturalnego kontekstu. Jest jak dłoń trzymająca
piękny, lecz wydrążony w środku owoc: oddziaływuje przede wszystkim na zmysły, jednocześnie
zachęcając oglądającego do wypełnienia znaczeniowej pustki.
Thus said, dzisiaj mam dla was smutny piknik z balonami, człowieka, który bardzo lubił kawę oraz porywczego mężczyznę. Tradycyjnie, wszystko z warszawskich ulic. Tradycyjnie, do samodzielnego ułożenia.
Tuesday, 5 November 2013
afirmatywnie
Lubię Muranów: ciągnące się bez końca podwórka, miękko tłumiące łoskot dochodzący z biegnących tuż obok ruchliwych ulic. Śmietniki, na których znajduję książki i kasety, sygnały, że w tych betonowych kamienicach zaczyna się coś nowego i trzeba wyrzucić stare szafki z kuchni dziadka, albo że kończy się czyjaś młodość i już nie słucha Van Hallena z kasety BASF.
Ale dzisiejsze zdjęcia trochę inne, aby uniknąć dosłowności i jedna z najpiękniejszych afirmacji, jakie znalazłem w tym pooranym kibicowskimi hasłami mieście: ja mistrz.
Sunday, 3 November 2013
Saturday, 2 November 2013
Thursday, 31 October 2013
Wednesday, 30 October 2013
oni biegną ubrani
Młodzi piłkarze Drukarza trenują w parku przylegającym do boiska klubu na Pradze Południe.
W słuchawkach:
W słuchawkach:
Subscribe to:
Posts (Atom)



















































